Bądź moim gościem (Be my guest)

kw. 6, 2022 | Projekty

Fotoreportaż Bądź moim gościem autorstwa prezeski Fundacji Sztuka Wolności Olgi Żmijewskiej jest osobistą opowieścią o jej dziecięcych doświadczeniach imigrantki w RFN. Reportaż spisany jest z poziomu osoby dojrzałej, która potrafi już zintegrować różne aspekty swojej biografii, a także uzyskała dystans do – skądinąd trudnych dla niej – przeżyć związanych z opuszczeniem rodzinnych stron.

– Potrzebowałam kilkunastu lat, aby wrócić w tamto miejsce i już bez bólu skonfrontować się z tą częścią swojej biografii. Emigracja do RFN spowodowana była marzeniem moich rodziców o dobrym życiu – dla nich i dla mnie. W przeciwieństwie do moich niektórych koleżanek i kolegów, ja nie byłam dzieckiem uciekającym z obszarów objętych wojną. Mój przyjazd do Niemiec odbywał się w pozytywnym kontekście marzeń, nadziei i aspiracji. A jednak było to trudne doświadczenie. Okazuje się bowiem, że nawet najpiękniejsze przyjęcie w nowym kraju nie jest w stanie zastąpić dziecku więzi emocjonalnych, które pozostawiło w kraju pochodzenia. Te więzi to nie tylko bliskie osoby i zwierzęta. To może być także ulubione drzewo, droga do przedszkola czy szkoły, piekarnia, w której z mamą kupowało się bułki. Chodzi o poczucie bezpieczeństwa w swoim małym świecie, który młoda osoba dopiero przyswaja jako swoje miejsce na ziemi. Wyrwanie jej stamtąd może pozostawić ogromną wyrwę. Pragnę o tym mówić szczególnie teraz, kiedy do Polski przybywają setki tysięcy dzieci z Ukrainy. Moją intencją jest uwrażliwienie nas na ich perspektywę.

Fotoreportaż Bądź moim gościem jest zaproszeniem do refleksji, do zmiany perspektywy, do podjęcia rozmowy z osobami, które są w doświadczeniu uchodźstwa / migracji.

Na stronie fundacji prezentujemy serię 10 zdjęć wraz z opisami.

W siedzibie Fundacji Sztuka Wolności w Idzbarku dysponujemy wydrukami 10 zdjęć o wymiarach 60 cm x 40 cm pod szkłem akrylowym (2 mm). Prace mają na odwrocie szyny aluminiowe, umożliwiające mocowanie na ścianie. Zapraszamy do wspólnego zorganizowania wystawy wraz z rozmową / dyskusją na tematy związane z uchodźstwem, migracją, integracją, asymilacją, różnorodnością, tożsamością…

Bądź moim gościem (Be my guest)

W 1990 roku wraz z rodzicami stałam się częścią wielkiej fali imigracyjnej, jaka napłynęła do świeżo zjednoczonej Republiki Federalnej Niemiec.
Pierwsze sześć tygodni w nieznanym kraju spędziliśmy w sali gimnastycznej zespołu szkół ponadpodstawowych imienia Marii Montessori w miasteczku Meerbusch-Büderich w Nadrenii Północnej – Westfalii. Mieszkańcy Meerbusch okazali się niezwykle uprzejmi i skorzy do pomocy.
Już jako dorosła kobieta dowiedziałam się jednak, że wykorzenienie z rodzinnych stron zawsze stanowi traumę dla dziecka – niezależnie od tego, jak życzliwie zostanie przyjęte w nowym miejscu. Być może dlatego potrzebowałam aż szesnastu lat, aby poczuć gotowość na spacer ku przeszłości – pomiędzy salą gimnastyczną, naszym późniejszym mieszkaniem, a moim dawnym liceum.
Dziś, jako fundatorka i prezeska Fundacji Sztuka Wolności z siedzibą w mojej rodzinnej wsi Idzbark na Mazurach, dzielę się wiedzą i doświadczeniem byłego dziecka imigrantów. Imigracja nie jest ślepą uliczką. Gdy obie strony pozostają otwarte na wzajemne poznanie się, możliwy staje się rozwój – zarówno dla społeczeństwa goszczącego, jak i dla osób przybywających do nowego, nieznanego kraju. Tak właśnie odbywa się wzrost.

 

Schronienie

W listopadzie 2017 roku, w mieście Neuss w Nadrenii Północnej – Westfalii, wyruszyłam na spacer. Celem mojej wycieczki było sąsiednie miasteczko Meerbusch-Büderich. Zabrałam ze sobą aparat fotograficzny, ale towarzyszyło mi również nowe poczucie akceptacji swojej historii. Moje życie w Niemczech, trwające kilkanaście lat, rozpoczęło się latem 1990 roku w małej, przyszkolnej sali gimnastycznej w Meerbusch, gdzie ulokowano kilkanaście rodzin z byłej NRD i Europy Środkowo-Wschodniej. W Meerbusch miałam pozostać przez kolejne 11 lat, zanim w 2001 roku opuściłam swój pokoik przy ulicy Further Weg 6, aby rozpocząć studia na wydziale Kulturoznawstwa Uniwersytetu Europejskiego Viadrina we Frankfurcie nad Odrą. Dopiero 16 lat po wyprowadzce zdobyłam się na tę podróż w czasie.

Dom

Latem 1990 roku było gorąco jak w piekle. W sali gimnastycznej zespołu szkół ponadpodstawowych im. Marii Montessori w Meerbusch-Büderich tłoczyło się kilkanaście rodzin. Każda otrzymała ciasny boksa o powierzchni około 6m², z zasłonkami zamiast drzwi. Połowa boksów – w tym także nasz – nie miała okien. W lipcu 1990 roku miałam osiem lat i nie mówiłam ani słowa po niemiecku. Siedząc na betonowym stole pingpongowym przed salą przygotowywałam się do rozpoczęcia roku szkolnego, powtarzając słówka takie jak Heft (zeszyt) i Mäppchen (piórnik). Rozpoczęłam rok szkolny z przytupem: pierwszego dnia moje ciało pokryła wysypka rozpoznana jako ospa wietrzna. To zdjęcie przedstawia dom mieszkalny, który mijałam codziennie w drodze do szkoły. Nie wiedziałam, że w 1992 roku będzie on moim trzecim niemieckim domem. Drugim już niebawem miał stać się kontener mieszkalny w innej dzielnicy Meerbusch.

Dom

Latem 1990 roku było gorąco jak w piekle. W sali gimnastycznej zespołu szkół ponadpodstawowych im. Marii Montessori w Meerbusch-Büderich tłoczyło się kilkanaście rodzin. Każda otrzymała ciasny boksa o powierzchni około 6m², z zasłonkami zamiast drzwi. Połowa boksów – w tym także nasz – nie miała okien. W lipcu 1990 roku miałam osiem lat i nie mówiłam ani słowa po niemiecku. Siedząc na betonowym stole pingpongowym przed salą przygotowywałam się do rozpoczęcia roku szkolnego, powtarzając słówka takie jak Heft (zeszyt) i Mäppchen (piórnik). Rozpoczęłam rok szkolny z przytupem: pierwszego dnia moje ciało pokryła wysypka rozpoznana jako ospa wietrzna. To zdjęcie przedstawia dom mieszkalny, który mijałam codziennie w drodze do szkoły. Nie wiedziałam, że w 1992 roku będzie on moim trzecim niemieckim domem. Drugim już niebawem miał stać się kontener mieszkalny w innej dzielnicy Meerbusch.

Miasto duchów

Kiedy w 1992 roku z budownictwa tymczasowego przeprowadziliśmy się do prawdziwego mieszkania, rozpoczęłam naukę w pobliskim liceum im. Ewalda Mataré. Fakt ten zawdzięczam mamie, która – znając moje możliwości intelektualne – przeciwstawiła się rekomendacji posłania mnie do szkoły o niższym poziomie nauczania. Pozostaję mamie niezwykle wdzięczna. Rekomendacja szkoły o niższym poziomie była bowiem umotywowana moją niedoskonałą znajomością języka niemieckiego. Ta z kolei szybko uległa poprawie. Do nowej szkoły było zaledwie kilka minut piechotą, jeśli szło się koło boiska i wchodziło tylnym wejściem przy klasach biologiczno-chemicznych. Odwiedzająca nas babcia z Polski za każdym razem dziwiła się, że ulice w naszym sąsiedztwie są takie puste. Nazywała Meerbusch miastem duchów. W Polsce, w której samochody wciąż były luksusem, na ulicach panował gwar pieszych.

Wolność

Wobec moich pierwszych lat szkolnych w socjalistycznej Polsce, szkoła niemiecka wydawała mi się oazą wolności, której kwintesencją były dla mnie szkolne schowki. Każda osoba miała swój schowek z kluczykiem. Podczas gdy w Polsce uczennice i uczniowie codziennie dźwigali książki, młodzież niemiecka mogła je po prostu zostawiać w szafkach. Uznałam ten gest za niezwykle uprzejmy ze strony dorosłych. Schowki były naszymi małymi enklawami odpowiedzialności, w których każda osoba przechowywała to, co chciała. Z biegiem czasu odkryłam, że również styl nauczania odpowiadał tej idei: jako jednostki mieliśmy prawo nosić w sobie wszystko i też tego bronić. Zachęcano nas do własnych przemyśleń i własnego zdania. W liceum im. Ewalda Mataré nauczono mnie, że mam prawo do swojej opinii – czy to na temat wiersza, powieści czy też opowiadania. Dowiedziałam się, co to znaczy być odrębną jednostką.

Wolność

Wobec moich pierwszych lat szkolnych w socjalistycznej Polsce, szkoła niemiecka wydawała mi się oazą wolności, której kwintesencją były dla mnie szkolne schowki. Każda osoba miała swój schowek z kluczykiem. Podczas gdy w Polsce uczennice i uczniowie codziennie dźwigali książki, młodzież niemiecka mogła je po prostu zostawiać w szafkach. Uznałam ten gest za niezwykle uprzejmy ze strony dorosłych. Schowki były naszymi małymi enklawami odpowiedzialności, w których każda osoba przechowywała to, co chciała. Z biegiem czasu odkryłam, że również styl nauczania odpowiadał tej idei: jako jednostki mieliśmy prawo nosić w sobie wszystko i też tego bronić. Zachęcano nas do własnych przemyśleń i własnego zdania. W liceum im. Ewalda Mataré nauczono mnie, że mam prawo do swojej opinii – czy to na temat wiersza, powieści czy też opowiadania. Dowiedziałam się, co to znaczy być odrębną jednostką.

Zanurzenie

Jako początkująca licealistka brałam udział w musicalu opierającym się na motywach powieści o Mary Poppins. Śpiewałam w chórze. W jasno oświetlonych salach muzycznych na parterze budynku szkolnego nawiązywałam nowe znajomości i zawierałam przyjaźnie. Decyzja mamy okazała się słuszna, gdyż w liceum już nikt nie rozpoznał we mnie imigrantki z Polski. Mój polski akcent rozpłynął się! Tu, w salach do zajęć muzycznych, podczas prób do musicalu, poznałam swojego przyszłego przyjaciela. To właśnie w Jego domu rozpoczął się ów spacer w listopadzie 2017 roku.

Becoming – stawanie się

Ta fotografia przedstawia jasno oświetloną salę muzyczną, ogród na szkolnym dziedzińcu oraz lustrzane odbicie graffiti Supermana na ścianie jednej z sal do zajęć plastycznych. To świetna alegoria mojej osoby i mojej biografii. Pochodzę z Mazur – regionu o bujnej zieleni i pięknych krajobrazach. W Niemczech uczęszczałam do liceum, którego patronem jest artysta Ewald Mataré. Tutaj miałam okazję próbować swoich sił i rozwijać się w takich dziedzinach jak muzyka, aktorstwo, kreatywne pisanie i sztuki wizualne. Ta szkoła wraz ze swymi wspaniałymi nauczycielkami i nauczycielami miała istotne znaczenie dla mojego rozwoju jako kulturoznawczyni, ale także jako artystki-fotografki. Przy tym nigdy nie zapomniałam o mojej miłości do przyrody. W 2013 roku na stałe zamieszkałam w rodzinnym Idzbarku.

Becoming – stawanie się

Ta fotografia przedstawia jasno oświetloną salę muzyczną, ogród na szkolnym dziedzińcu oraz lustrzane odbicie graffiti Supermana na ścianie jednej z sal do zajęć plastycznych. To świetna alegoria mojej osoby i mojej biografii. Pochodzę z Mazur – regionu o bujnej zieleni i pięknych krajobrazach. W Niemczech uczęszczałam do liceum, którego patronem jest artysta Ewald Mataré. Tutaj miałam okazję próbować swoich sił i rozwijać się w takich dziedzinach jak muzyka, aktorstwo, kreatywne pisanie i sztuki wizualne. Ta szkoła wraz ze swymi wspaniałymi nauczycielkami i nauczycielami miała istotne znaczenie dla mojego rozwoju jako kulturoznawczyni, ale także jako artystki-fotografki. Przy tym nigdy nie zapomniałam o mojej miłości do przyrody. W 2013 roku na stałe zamieszkałam w rodzinnym Idzbarku.

Wyobcowanie

Społeczność Meerbusch jawiła mi się jako otwarta i gościnna, a ja szybko zawierałam znajomości i przyjaźnie. Jednak jako nastolatka zakochałam się w chłopaku mieszkającym w Polsce. Ta relacja stała się dla mnie priorytetem i czułam, że coraz bardziej oddalam się od moich rówieśniczek i rówieśników w Niemczech. Docierało do mnie, że nie jestem prawdziwą Niemką. Ale nie byłam też Polką, co – często w zabawny sposób – uwypuklała relacja z nastolatkiem z Polski. W wieku czternastu lat zaczęłam myśleć o życiu w Niemczech jako rodzaju internatu i przywileju, dzięki któremu w przyszłości mogłabym cieszyć się życiem w Polsce. Ten okres naznaczony był głębokim smutkiem i samotnością. Do dziś powraca do mnie sen, w którym jeżdżę rowerem przez opustoszałe Meerbusch bez możliwości opuszczenia tego miejsca. Jako dorosła kobieta zintegrowałam tę wyalienowaną część mojej osobowości. Z kolei tamten chłopak jest dziś mężczyzną, z którym mieszkam w moim rodzinnym Idzbarku.

Outsiderka

W latach 90. liceum im Ewalda Mataré liczyło ok. 660 uczennic i uczniów, wśród których było tylko kilka osób z Polski. Najgorszą obelgą wśród nastolatków było nazwanie kogoś Polakiem. Tak się składało, że ja rzeczywiście byłam Polką, czemu zresztą nie zaprzeczałam. Byłam najlepszą uczennicą w klasie i nastolatką świetnie zintegrowaną z otoczeniem, a jednak czułam się coraz bardziej outsiderką – jak ten mały kontener przy monumentalnej, licealnej sali gimnastycznej. W trakcie mojej wizyty w Meerbusch w 2017 roku bardzo poruszyła mnie wiadomość, że dwa lata wcześniej miasto przyjęło uchodźczynie i uchodźców, których zakwaterowano w tej oto sali mojego dawnego liceum. W chwili powstania zdjęcia w sali właśnie trwał remont. Historia zatoczyła koło, a ja zakończyłam pewien etap swojego życia i mogłam rozpocząć nowy.

Outsiderka

W latach 90. liceum im Ewalda Mataré liczyło ok. 660 uczennic i uczniów, wśród których było tylko kilka osób z Polski. Najgorszą obelgą wśród nastolatków było nazwanie kogoś Polakiem. Tak się składało, że ja rzeczywiście byłam Polką, czemu zresztą nie zaprzeczałam. Byłam najlepszą uczennicą w klasie i nastolatką świetnie zintegrowaną z otoczeniem, a jednak czułam się coraz bardziej outsiderką – jak ten mały kontener przy monumentalnej, licealnej sali gimnastycznej. W trakcie mojej wizyty w Meerbusch w 2017 roku bardzo poruszyła mnie wiadomość, że dwa lata wcześniej miasto przyjęło uchodźczynie i uchodźców, których zakwaterowano w tej oto sali mojego dawnego liceum. W chwili powstania zdjęcia w sali właśnie trwał remont. Historia zatoczyła koło, a ja zakończyłam pewien etap swojego życia i mogłam rozpocząć nowy.

Siedem Boleści Maryi

To zdjęcie przedstawia kaplicę pod wezwaniem Maryi w potrzebie na wjeździe do Drogi Siedmiu Boleści. To aleja, którą prawie codziennie przemierzałam na rowerze. Jej nazwa nawiązuje do Siedmiu Boleści Maryi, które symbolizują siedem etapów Jej życia. Maria to moje drugie imię. W Polsce, w Idzbarku, mieszkałam z babcią, która dbała o to, abym wychowywała się w wierze katolickiej. Aleja prowadząca przez pola obok kaplicy była dla mnie szczególnym miejscem – przypominała mi o moich katolickich korzeniach i o rodzinnej wsi. Jednak w 1994 roku, w wieku 13 lat, bardzo świadomie odeszłam od Kościoła katolickiego. To właśnie pedagogika wolności mojego liceum umożliwiła mi stanowcze przeciwstawienie się woli wierzącej babci i eksplorowanie własnej drogi życia. Bez boleści.

Jestem Twym gościem

Czułam się zdezorientowana, otrzymując tak dużo wsparcia od osób, które następnie potrafiły śmiać się ze swoich głupich żartów o Polakach kradnących samochody. Gdyby te żarty jeszcze były śmieszne… Podczas 11 lat w Meerbusch często czułam się tak, jakbym z zewnątrz, przez okno, podglądała biesiadującą beztrosko grupkę ludzi. Kończyłam liceum jako młoda kobieta, która m.in. opiekowała się nieletnimi uchodźczyniami i uchodźcami w ramach wolontariatu dla Caritasu. Moje świadectwo maturalne było na drugim miejscu pod względem średniej ocen. Wobec mojego zaangażowania w szkole i na rzecz społeczności lokalnej trudno było mi pogodzić się z (pozostającą bez uzasadnienia) odmową rekomendacji do stypendium przez dyrektora liceum. Mój spacer z aparatem pomógł mi zintegrować i zaakceptować te częściowo sprzeczne doświadczenia. Dziś wiem, że w każdej chwili mogę dołączyć do beztroskiej biesiady. Nie muszę zatrzymać się za szybą i wcale nie muszę wchodzić tylnym wejściem.

Jestem Twym gościem

Czułam się zdezorientowana, otrzymując tak dużo wsparcia od osób, które następnie potrafiły śmiać się ze swoich głupich żartów o Polakach kradnących samochody. Gdyby te żarty jeszcze były śmieszne… Podczas 11 lat w Meerbusch często czułam się tak, jakbym z zewnątrz, przez okno, podglądała biesiadującą beztrosko grupkę ludzi. Kończyłam liceum jako młoda kobieta, która m.in. opiekowała się nieletnimi uchodźczyniami i uchodźcami w ramach wolontariatu dla Caritasu. Moje świadectwo maturalne było na drugim miejscu pod względem średniej ocen. Wobec mojego zaangażowania w szkole i na rzecz społeczności lokalnej trudno było mi pogodzić się z (pozostającą bez uzasadnienia) odmową rekomendacji do stypendium przez dyrektora liceum. Mój spacer z aparatem pomógł mi zintegrować i zaakceptować te częściowo sprzeczne doświadczenia. Dziś wiem, że w każdej chwili mogę dołączyć do beztroskiej biesiady. Nie muszę zatrzymać się za szybą i wcale nie muszę wchodzić tylnym wejściem.